Foto-Izabelin

Jesienny Festiwal Fotografii Przyrodniczej jest jak doroczne młode wino. Pojawia się w listopadzie, nieznany jest jeszcze jego smak, a prawdziwą wartość poznamy dopiero po jakimś czasie. Ale tak jak beaujolais nouveau nie jest przeznaczone do leżakowania, tak i festiwal trzeba ocenić właśnie teraz, póki emocje nie opadły. Proszę jednak pamiętać, że poniższa relacja odzwierciedla moje odczucia oraz emocje i jakkolwiek nie starałbym się o neutralny opis, to obiektywnym on na pewno nie będzie. Zapraszam do lektury i do … komentowania.

Tegoroczny festiwal firmował nowy Zarząd Główny Związku Polskich Fotografów Przyrody i to on był organizatorem całego przedsięwzięcia. Wprawdzie impreza miała XII wydanie i dysponuje już pewną rutyną oraz schematem funkcjonowania, niemniej jednak zawsze można i warto coś zmienić. Pierwsze, co rzuciło się w oczy – dosłownie – to sposób komunikacji. Mniej więcej miesiąc przed rozpoczęciem festiwalu na Facebooku i stronie internetowej ZPFP dostępny był jego program, nieco później zamieszczano regularnie informacje o jurorach, sponsorach, kateringu itp. Wszystko w jednolitym , spójnym wyglądzie graficznym. Przypominajki o wydarzeniu pojawiały się na Facebooku dosłownie do ostatniej chwili. Na tydzień przed rozpoczęciem, zaproszenie na festiwal wyświetlane było na ekranach w stołecznych autobusach w ramach akcji MZA „Eko autobusem po zielonej Warszawie”, w ramach której dotychczas wyświetlano prace członków Okręgu Mazowieckiego ZPFP. Do tego doszedł, dostępny już na miejscu, ładnie wydany folderek z w/w informacjami oraz miniaturkami sygnalizującymi wszystkie pokazy konkursowe. Te działania oraz doświadczenie publiczności z lat ubiegłych spowodowały, że w Izabelinie na festiwalu od początku pojawiły się tłumy widzów. Festiwal to teraz impreza ludyczna, z wszystkimi tego konsekwencjami. Są fotografowie, emeryci, dzieci, pani z niemowlakiem w wózku, a widziałem nawet kobietę karmiącą wprost na głównej widowni. W powyższym kontekście chyba dobrze, że przestano na niej celebrować laureatów najważniejszego konkursu wewnątrz ZPFP jakim jest Fotograf Roku, bo wobec braku szczególnego zainteresowania nim szerokiej publiczności, wprowadzało to sporo zamieszania w programie spotkania. Z drugiej strony, brak pokazywania naszych nagrodzonych w konkursie zdjęć pozbawia środowisko fotografów przyrody dużej, izabelińskiej widowni. Skąd dla ważnego w ZPFP wydarzenia, jakim jest konkurs Fotograf Roku, znaleźć ponad 400 widzów – a tylu mniej więcej było w tym roku w siedzibie Kampinoskiego Parku Narodowego? Warto to przemyśleć na spokojnie. W tym miejscu też trzeba przekazać pochwały dla Pauliny Surniak. Świetne prowadzenie, nastawione nie na promocję swojej osoby, ale na sprawny przebieg spotkania. Doskonałe, sprawne tłumaczenie Jonathana Scotta. Panowanie nad sytuacją i publicznością bez połajanek, poganiania i nerwowości. Paulina, bravissimo!

Ponieważ festiwal ma w nazwie słowo „międzynarodowy” to chcąc/niechcąc organizatorzy muszą znaleźć odpowiednich zagranicznych prezezenterów. Niektóre nazwiska z dotychczasowych edycji festiwalu pamiętamy, innych za nic sobie nie przypomnimy. Jak było w tym roku? Znalazły się dwie osoby z zagranicy. Pierwszym był Jonathan Scott, ale ponieważ w swoich wystąpieniach non stop podkreślał rolę i ważność swojej żony Angeli (może jest jego głównym sponsorem?), więc możemy raczej uznać, że były to dwie osoby w jednym przedstawicielu :-). Scottowie są z pewnością doskonałymi fotografami i filmowcami, tworzą filmy o dzikich kotach dla BBC, a Canon włączył ich do grona Ambasadorów marki, zresztą stąd też – jak myślę – ich obecność na tej imprezie, której przecież patronuje również Canon. Choć trzeba dodać, że inny producent sprzętu (konkretnie kart pamięci) też nie pozostał biernym i Scottowie są również członkami SanDisk Elite Team – fajne, no nie? Tym się Scott nie chwalił – raczej mało prestiżowe… Mnie jednak trochę prezentacja Jonathana rozczarowała. Przyjęta przez niego konwencja luźnej pogadanki ilustrowanej zdjęciami niczego nie wniosła. Było o egzotycznych zwierzakach? Było, ale nic nowego, tyle że w afrykańskich parkach Masai Mara oraz Serengetti jest ich dużo, zabija się również dużo, czas chronić słonie, a przede wszystkim dzikie koty. Zaskoczeni? Nie? No właśnie. Osobiście mógłbym Was bardziej zaskoczyć, choćby informując, że Serengetti powstał głównie dzięki pracy Ślązaka, dr Bernarda Grzimka. Czy Jonathan mówił o sprzęcie, przygotowaniach, emocjach fotofilmowych, kulisach produkcji dla BBC? Raczej nie bardzo. O wyprawach, przygotowaniach, logistyce? No jasne, że mówił : trzeba wykupić fotosafari, siedzieć grzecznie w samochodzie i liczyć na to, że dziki kot zrobi kupę na głowę fotografa, to wtedy jemu włosy nie wypadną, co jest fajne samo w sobie, a Jonathan jest z tych włosów, w taki właśnie sposób uratowanych, bardzo dumny…Może dlatego, że lew też ma grzywę?                                           Zobaczcie jak państwo Scottowie robią zdjęcia lokalnej społeczności – no, może warsztatują chętnych (fotka z Ich blogu):

etno

Tak fotografuje p. Scott

Tak fotografuje p. Scott (zdj. z blogu jonathanangelasott.com)…

scott

a tak jego żona, p. Angela Scott, w nieskazitelnie białej bluzeczce, stosownie do koloru canonowskich „eLek”                                                           (zdjęcie z blogu jonathanangelasott.com). Polecam adres – treść strony bardzo Was zaskoczy.

A jakie zdjęcia pokazał odarty z nimbu tajemniczości Jonathan?. Otóż różne, choć nie brakowało i tych bardzo ładnych, zapadających w pamięć – jak choćby to ujęcie stadka słoni zapatrzonych w paradującą przed nimi czaplę. Tak czy owak podtrzymuję swoje uczucie rozczarowania. Wynikło to pewnie z przyjętej przez gościa konwencji pogadanki, a nie z braku jego istotnych dokonań, ale szansa na duże przeżycie fotograficzne (dla nas) została trochę zaprzepaszczona (aj, aj, ale podpadłem teraz Kazikowi Laskowiczowi). Nie muszę chyba dodawać, że żadnych książek i filmów tych autorów nie można było kupić, ani nawet obejrzeć. Wprawdzie widziałem Jonathana z garścią płytek DVD z jego filmami, ale okazało się, że to nie jego własność, lecz polskiego wielbiciela jego filmów zrealizowanych dla BBC.

Co na to Andrea Zampatti? Uważam, że akurat fotograficznie to dużo, dużo słabszy prezenter od poprzedniego, również w kontekście posiadania „nazwiska” w branży. Jak można się też zorientować na jego profilu facebookowym, nie gardzi on żadnym zleceniem 🙂 Widać we Włoszech, podobnie jak u nas, trudno wyżyć z działalności artystycznej i sesje ślubne oraz reklamowe pozwalają podreperować budżet. Andrea przedstawił dwie prezentacje: pierwsza to typowy mix z tego co wogóle upolował na fotołowach we Włoszech, druga to głównie krajobrazy krajów północnych. Tu mniej lub bardziej kurtuazyjnie włączył parę fotek biebrzańskich łosi i białowieskich żubrów. Generalnie przyjął konwencję opowieści ze słabymi na ogół zdjęciami, kończąc je – te opowieści – profesjonalnie zrobionymi prezentacjami multimedialnymi, z dużą ilością mogących się podobać zdjęć. W drugiej prezentacji zdecydowanie przeważały krajobrazy, ale autor nie krył, że generalnie lubi je bardziej niż fotki zwierząt. Nie wiem tylko dlaczego Andrea przy każdym z lepszych zdjęć podkreślał, że powstało ono przypadkowo. Kokietował? Myślał, że wypada być skromnym? A może naprawdę udaje mu się to w sposób nie do końca zamierzony? Pokazy bez względu na wszystko, podobały się publiczności.

zampatti

Jedno z ładniejszych zdjęć Andrea Zampatti (foto z profilu facebookowego autora) -też podobno przypadkowe. Wypada wierzyć

Tu mała dygresja. Nie można poprzez „pomiar” oklasków weryfikować rzeczywistej jakości czy skali podobania się prezentacji wśród publiczności. Zapytałem sąsiada, który namiętnie klaskał po jednej z najsłabszych prezentacji, czy mu się podobała? Odpowiedział, że nie. To zapytałem dlaczego klaszcze? I znów beznamiętna odpowiedź, że co mu szkodzi, wszyscy klaszczą. No tak, nie wpadłem na to. Zresztą to lepsze niż na Białorusi, gdzie na publiczne klaskanie trzeba uzyskać zgodę. Po tych dywagacjach też klaskałem, choć czasami nie wiem po co 🙂

salaGłówna sala w sobotnie wczesne przedpołudnie. Później było jeszcze gęściej. Przy mównicy Jonathan Scott. fot. z archiwum autora

Czas na festiwalowych prezenterów. Stawkę w sobotę otworzył jako pierwszy Marcin Lenart. Marcin to uznana firma w światku fotografów przyrody. Tematyka jego znanych, wspaniałych fotografii jest zróżnicowana, ale w większości kojarzy się z sóweczkami i leśnymi kurakami. Niestety, tym razem Marcin nie wypadł najlepiej. Nie jest wielkim mówcą, a wczesna pora dopełniła reszty. Prezentacja ogólna była nieciekawa, zbyt długa i po prostu nudnawa. Sóweczka jest piękna i intrygująca, ale po kilkunastu minutach już jest nudnawo, nie chce się o niej dłużej słuchać – chyba, że mówca byłby pierwszej klasy. Przygotowany zestaw pokazów był w sumie bardzo sztampowy, zmontowany ze znanych już zdjęć, no może z wyjątkiem świetnych fotek zimowych bielików. Marcin na takie publiczne pokazy musi znaleźć jakiś patent, bo tym razem, sorry, ale to było wiele hałasu o nic.

Kolejna prezentacja to wizytówka Okręgu Krakowskiego Związku Polskich Fotografów Przyrody. Zrealizowana jako tzw. standardzik. Trochę zdjęć przygotowanych przez członków Okręgu, trochę od tzw. kuchni, jakieś wspomnienia z plenerów (tu „włoczykije”, Skandynawia) oraz mogąca się podobać poetycka diaporama i tyle, nic specjalnego. Bez względu na to, uważam, że prezentacje Okręgów są potrzebne, integrują środowisko, pozwalają ocenić jego potencjał. W przypadku Okręgu Krakowskiego doszedł jeszcze wernisaż wystawy prac jego członków, a to zawsze jest święto dla środowiska twórców zdjęć.

wystawa

wystawa prac Okręgu Krakowskiego, fot. z archiwum autora

Po przerwie obiadowej czas otrzymali ekolodzy. To określenie jest trochę nieprecyzyjne. Chodzi o grupę osób, kontynuatorów rozpoczętych już kilka lat temu działań społecznych, a mających doprowadzić do ochrony części wschodnich Karpat – Pogórza Przemyskiego – przez utworzenie Turnickiego Parku Narodowego. Na ogół trzymam się z daleka od ekologów i ich inicjatyw, gdyż im bliżej się temu przyglądać, tym więcej wychodzi na wierzch polityki i tzw. paprochów. Ale tym razem jestem za (i zgromadzona publiczność chyba też). Jeżeli możemy jeszcze coś ochronić i przekazać przyszłym pokoleniom, zróbmy to. Myśliwi chcą tego terenu dla siebie. Ale o co mają walczyć obrońcy przyrody? Trudno przecież odpuścić prawie dziewicze przyrodniczo lasy i walczyć o ochronę Nowej Huty, nieprawdaż? Ten, podkarpacki fragment dzikiej jeszcze przyrody, o unikatowym krajobrazie, na pewno zasługuje ochronę jako park narodowy. Trzeba przyznać, że młodzi ludzie o to walczący zachowują się nad wyraz powściągliwie. Park nawet poniekąd jest, bo powołany został jako byt wirtualny i internetowy przez grupę wspomnianych osób. Można go poprzeć poprzez lajkowanie  profilu tej społecznej inicjatywy na Facebooku.

Potem widzowie zapoznali się z clou programu, czyli pokazem konkursowym, ale o nim piszę niżej w osobnym bloku.

Niedzielny zestaw prezentacji autorskich rozpoczął Sławomir Wąsik. Jego wystąpienie było prawdziwym wyzwaniem dla mnie i publiczności. Autor promowanej na Festiwalu swojej książki „Wilki” postanowił nie udostępnić publiczności żadnych zdjęć, a skupić uwagę zebranych na żywym słowie. Żywym w tym przypadku to za dużo powiedziane. Kolega Sławomir zaczął od chaotycznie opowiadanych fragmentów książek, które mu się ostatnio podobały, nie mających raczej żadnego bezpośredniego związku ani z przyrodą, ani z zasadniczym deklarowanym tematem jego wystąpienia. Druga część prelekcji, bo tak trzeba nazwać to wystąpienie, składała się z odczytywanych fragmentów wspomnianej już książki „Wilki”. Sławomir Wąsik, o czym zapewniała nas Paulina Surniak, to z pewnością sympatyczny człowiek, ale tu lekko minął się z założeniami festiwalu. Fragmenty książki czytał z charakterystycznym monotonnym timbre głosu, co w połączeniu z przekazywaną filozoficzno-moralizatorską treścią czytanych fragmentów nt. relacji człowiek-wilk ( a w pierwszej części po prostu treścią nieokreśloną) powodowało u mnie wrażenia obecności na jakimś – z całym szacunkiem – nabożeństwie. Mam nadzieje, że kol. Wąsik ma poczucie humoru, bo chcę zakończyć to skromne podsumowanie puentą: zabrakło przejścia z tacą i przekazania zebranych datków na Fundację Kundelos, zbierającą na festiwalu fundusze na schronisko dla bezdomnych zwierząt. Ale książka o wilkach – i zawarte w niej fotografie – OK!

wasik

promocja przeprowadzana przez Sławomira Wąsika, fot. archiwum Autora

Kolejne wystąpienie – Macieja Rodziewicza z Okręgu Warmińsko Mazurskiego ZPFP, z założenia dotyczyć miało sposobów fotografowania dzikich zwierząt – a bardziej precyzyjnie : ptaków – oraz zagadnień etycznych z tym związanych. W praktyce trudno mi było się w tym temacie odnaleźć, ponieważ zachowania fotografów reguluje prawo i kodeks etyczny ZPFP. Jeżeli ktoś łamie te zalecenia, to robi to raczej świadomie, a nie dlatego, że nie zna potencjalnych negatywnych dla środowiska naturalnego konsekwencji swojego postępowania. I rzeczywiście tezy wystąpienia były następujące: wykładanie przynęt jest niewskazane, budowanie czatowni jest niepożądane, stosowanie tzw. pływadełek jest szkodliwe. Z jednym wyjątkiem: jeżeli w pływadełku znajduje się kolega Rodziewicz, bo wtedy jest jednak OK. A dlaczego? Bo kolega wie jak się zachować, bo robi się w ten sposób ważne badania itd. Więc z prelekcji wyszedłem otumaniony. Można stosować te metody, jeżeli postępuje się nadzwyczaj ostrożnie i ze znajomością tematu, czy też bezwzględnie nie? Tak czy owak, mój namiot-czatownia stanie nad Biebrzą jak co roku. Uważam, że temat jest ważny i interesujący, ale wymaga zdecydowanie poważniejszego podejścia niż zrobił to Maciej Rodziewicz.

Podwodne zauroczenie. AntArktyka i Bartosz Stróżyński. Jego prezentacja na pewno wymyka się jednoznacznej klasyfikacji. Jest trochę podróżnicza, bo taka być musi, skoro dotyczy południowych i północnych krańców Ziemi. Trochę fotograficzna, skoro Bartosz prezentuje zaskakujące zdjęcia lampartów morskich, białych niedźwiedzi i pingwinów, trochę ekologiczna, skoro lodowce walą się do wody z powodu ocieplenia klimatu i nic już nie jest tak jak w podręcznikach, z których uczyłem się geografii. Trochę też promocyjna, bo na rynku funkcjonuje książka Bartosza, a niezależnie od tego realizowany jest projekt z udziałem Polskiego Radia i, nie unikajmy tego słowa, celebrytów. Niemniej rzucał się w oczy profesjonalizm Bartosza oraz umiejętności prezentacyjne, mimo deklarowanego bólu głowy, będącego konsekwencją promocyjnych działań Canona poprzedniego wieczoru :-). Brawo i uwaga, warto rozejrzeć się za książką Bartosza wydaną w Polsce przez National Geographic.

Cyklopejzaż Artura Jurkowskiego, Prezesa Okręgu Śląskiego ZPFP, zakończył pokazy gości festiwalu. Artur zaczął fatalnie. Nie dość, że opowiastki o jego logo czy też przygodach rowerowych nadawały się jako clou programu u Cioci na imieninach, to jeszcze rzutnik odmawiał posłuszeństwa. Jak już wspomniałem, luźne opowieści były nieco mylące i zaczynałem mieć różne myśli typu co Artur tutaj robi. Na szczęście Artur ( i sprzęt) się ogarnął i zaprezentował dwa pokazy: jeden z tzw. świata, drugi z Polski. Ze świata wiadomo, zawsze można znaleźć coś ciekawego, w ostateczności nawet zorzę polarną. A propos – trzeba sobie było sobie darować powiastkę o stanie, w jakim się ją sfotografowało, ale kładę to na karb zacięcia oratorskiego, które czasem autora ponosiło w różnych kierunkach. Zdecydowanie lepsza była część dotycząca zdjęć zrobionych w Polsce, w tym kijków pływających w stawach, z uwzględnieniem zdjęcia konara, leżącego na dnie spuszczonego z wody stawu. I nie ma tu znaczenia, że dla mnie to zdjęcie bez żadnego znaczenia, bo Artur otrzymał za nie tytuł Fotografa Roku ZPFP. Po słabym wstępie, wystarczająco mocne zakończenie.

Pozostał nam główny blok Konkursu Pokazów Multimedialnych, czyli te pokazy właśnie. Ogólne moje spostrzeżenie jest takie, że poziom pokazów się wyrównał, co nie znaczy, że nagle wystrzelił w górę. Po drugie, i zauważył to również członek jury Radek Siekierzyński, prezentacje były o wiele lepiej udźwiękowione niż w latach poprzednich. Muzyka była zróżnicowana, choć nie zawsze dobrana charakterem do pokazu i nie zawsze autorzy potrafili rytm pokazu dostosować do walorów harmonicznych podkładu dźwiękowego. Sięgano też do utworów wokalnych. Tak zrobiła np. Beata Ostachowicz w pokazie „Pochwała światła” wykorzystując wspaniałą interpretację tradycyjnej pieśni „Amazing grace”, ale niestety generalnie pokaz słabiutki, więc tu podkład nie pomógł. Wielu autorów, choćby Paweł Budzik w „Dwuczubych” czy Grzegorz Okołów w „H2O”, wykorzystywało podkasty (łączenie fotografii i filmu). Czyżby coś pozytywnie drgnęło w pokazach? Sądzę, że tak. Zwróćcie też uwagę, że wszyscy, łącznie ze mną, unikają jak ognia słowa diaporama. Klasycznych diaporam (przenikanie z powstawaniem podczas niego dodatkowego obrazu) w Izabelinie nie uświadczysz, a najbliżej tej formy byli Wojciechowscy na początku swojego wyróżnionego pokazu „Światła wody”. Nie będę rozpisywał się szczegółowo o każdym z pokazów, bo to niemożliwe w odniesieniu do 27 prac. Ale spróbuję zmierzyć się z zadaniem w sposób telegraficzny. Poniższe uwagi były robione na gorąco, nie poprawiałem ich po werdykcie Jury, więc nie korelują z ostatecznym wyborem wyróżnionych i nagrodzonych prac. Swoje typy opublikowałem w sobotę na facebooku: 4 na 6 trafione :-).

Wędrując z jeleniami – Dariusz Przybyła. Bardzo nierówne zdjęcia, dobra muzyka, nieśmiałe próby świadomego przenikania. W sumie słabo.

W krainie perkozów – Karol Grabski. Dobre udźwiękowienie, w podkład wplecione głosy poszczególnych gatunków perkozów, klimatyczne zdjęcia. Klasyka gatunku i dla mnie od początku kandydat do nagrody.

H2O – Grzegorz Okołów. Dobry dźwięk, podkasty. Pierwsza cześć lepsza od drugiej. Abstrakcyjne fotografie. Widziałem w tym pokazie kandydata do nagrody, ponieważ Jury przewodniczyła Asia Antosik, a ona podobne klimaty lubi 🙂

Nadeszła zima – Beata Ostachowicz. Piękne zdjęcia gór. Dobra dramatyczna muzyka, podawana sekwencyjnie, pasująca do zdjęć. Pokaz mi się podobał, widziałem w nim potencjał do jakiejś formy wyróżnienia

Między lasem a wodą – Sebastian Sołtyszewski. W istocie ten pokaz to luźny przegląd fotek ptaków wodno – błotnych. Nie najlepsza klasyka. Nic więcej szczególnego nie zapamiętałem, czyli pokaz „na straty”. Szkoda, bo Sebastian ma w archiwum mnóstwo pięknych zdjęć.

Rzeka – Anna Jędra Wojciechowska i Dariusz Wojciechowski. Doświadczona autorka, wiele razy nagradzana. Ale ten pokaz słaby, oparty głównie o monotonne zdjęcia, przeważnie „z lotu ptaka”. Nachalna, dominująca muzyka, aż się prosiło o powtórki zdjęć w rytm refrenu, co nadałoby życia pokazowi. Niestety, przepadnie.

Dwuczube – Paweł Budzik. Nierówne zdjęcia perkozów dwuczubych. Bardzo agresywna, rażąca muzyka często kiedyś wykorzystywanego w pokazach Hansa Zimmera. Niestety, do odstrzału.

Tętno Karpat – Michał Piekarski. Zdjęcia na dobrym poziomie, w temacie, stylu i jakości, które prezentuje na co dzień wspominany Marcin Lenart.  Do tego stosowna dramatyczna muzyka o nerwowym pulsie. Pokaz wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Ale do nagrody za mało.

A sio – Elżbieta Weron. Tu mój pierwszy poważny rozdźwięk z późniejszym werdyktem Jury. Dla mnie piaski (myślałem, że w Słowińskim PN, w końcówce pokazu wyczytałem, że to z USA) plus nerwowa muzyka Lady Gaga spowodowały, że wielkiego sensu w nim nie widziałem. Ale, jak czas pokazał, nie muszę mieć racji 🙂

5 kolorów krajobrazu – Andrzej Kozak. To debiut Andrzeja. Uważam, że nie ma w tym pokazie żadnej historii, ot, kilka obrazków „bliskiego krajobrazu” wykonanych w różnych porach dnia. Andrzej na końcu pokazu przekazał tekstem jego motto, ale tak już jest w fotografii, że dobre obrazy bronią się bez słów. Im bardziej bez słów, tym lepiej. Może następnym razem?

Pantha Rei – Bogusława Jankowska. Wszystko płynie, to prawda, ale nie zawsze z naszymi oczekiwaniami. Dużo zdjęć potoku z podręcznikowo rozmytą wodą. Dobra rytmiczna muzyka korespondowała z tematem, ale synergia nie wykorzystana, czyli potok sobie, muzyka sobie, bez połączenia mocnych punktów obu składowych. Chyba do poprawki

On jest jak mgła – Katarzyna Gubrynowicz. To, biorąc pod uwagę werdykt Jury, moja największa „odchyłka”. Kasia znalazło motto u Hemingwaya. Już na starcie sam wielki pisarz skojarzył mi się bardziej ze szklaneczką whisky i i mordowaniem afrykańskich zwierząt (tak nazywam myślistwo dla przyjemności) niż do zawartych w prezentacji poetyckich mgielnych obrazów z dobraną idealnie muzyką. Dlaczego nie typowałem Kasi do nagrody? Bo znając jej zdjęcia, te wybrane do pokazu wydawały mi się bardzo równe, ale nie na najwyższym poziomie kojarzącym się z osiągnięciami Kasi.

Czy tak wygląda Raj? – Anna Jędra Wojciechowska i Dariusz Wojciechowski. Kolejna prezentacja tych autorów. Dużo kwiatków w bardzo bliskich rozmytych planach, głównie żółtozielona kolorystyka, oklepana na maxa w różnego rodzaju zdjęciach i niezwracająca na siebie uwagi muzyka. Tym razem nie, tak raj nie wygląda…

Ziuuu – Elżbieta Weron. Sorry, tych „u” w tytule nie liczyłem, więc może oddałem go niedokładnie. Dla mnie pokaz był luźnym zbiorem zdjęć wody. Raziły mnie dodatkowo, ponieważ były podane w układzie pionowym. Rzadko się to zdarza i autorzy pokazów unikają tego układu nie bez przyczyny. Dla mnie pokaz bez szans

Grue – Grzegorz Sępołowicz. Zdjęcia majestatycznych żurawi. Utrzymane w mgielnym klimacie, dość luźno złożonych w całość, za to z dodającym klimatu podkładem wokalnym. Pokaz ma szansę na zauważenie

Trzciny mają oczy – Karol Grabski. Od startu pokazu było wiadomo, że jest to kandydat do nagrody. Muzyka podkreślająca mocne punkty (różne ujęcia oczu ptaka wyzierające z trzcin) oraz ładne, niedopowiedziane zdjęcia bączków, łączyły się w ładną i interesującą całość.

Jeszcze – Katarzyna Gubrynowicz. Krótki, mocno symboliczny pokaz. Drzewa, piły mechaniczne, warkot – jednym słowem armagedon. Potem nieco cieplej: znowu zielone drzewa i Młynarski ze swoim „jeszcze w zielone gramy”. Chyba wyszło trochę zbyt nachalnie, trochę za dosłownie

Pochwała światła – Beata Ostachowicz. Zafascynował mnie wokalny podkład, genialne wykonanie  znanej wszystkim pieśni „Amazing grace”. O dziwo, nie zdominował on zdjęć. Odważne posunięcie Beaty Ostachowicz, ale niestety, zdjęcia to raczej pojedyńcze, mniej lub bardziej impresyjne ujęcia wody, odbić, kolorów. Jakoś mi się to nie składało w całość.

The last song – Tomasz Bałdyga. Od pierwszego kadru kandydat do głównej nagrody. Tajemnicze dźwięki i wspaniale podane zdjęcia lasu, po chwili jelenie i odgłosy rykowiska, na końcu niespodziewany – ale przeczuwany – symboliczny odgłos strzału barwiący na czerwono ostatnie zdjęcie. Ładna opowieść, a jednocześnie głos przeciw priorytetom dla polowań i myśliwych, co doskonale wpisuje się w gorącą dyskusję toczoną w naszym światku fotografii przyrodniczej. Brawo

Koziołek – Radosław Kaźmierczak. Tu nie wiem, jak pokaz skomentować. W sumie to zmontowane, różne zdjęcia koziołka, chyba niezbyt ostre i niechlujnie kadrowane. Może taki był zamysł autora? Niestety, trudno to pozytywnie ocenić. Pokaz przepadnie u publiki i Jury

Przetrwać – Radosław Kaźmierczak. Tu widzę więcej pozytywów niż w Koziołku tego samego autora. Po pierwsze to próba formalnego uatrakcyjnienia pokazu poprzez połączenie zdjęć i króciutkich filmików. Po drugie zdecydowanie lepsze technicznie zdjęcia bielika. Nie korelowały one z tytułem pokazu, ponieważ ukazywały standardowe dla bielika, zimowe sytuacje. W internecie aż się roi od zdecydowanie bardziej dramatycznych ujęć. W sumie, pokaz pozostawia widza w dość obojętnym stanie uczuciowym. Trzeba jeszcze popracować…

Światło wody –  Anna Jędra Wojciechowska i Dariusz Wojciechowski. To trzeci na tegorocznym konkursie pokaz tych autorów. W moim przekonaniu najlepszy. Piękna muzyka i spokojne, może nieco monotonne, poetyckie ujęcia, jak się wydaje, dużej rzeki z łachami, wysepkami itp. To właśnie ten pokaz był najbliżej tego co nazywamy diaporamą: płynne przejścia z jednego obrazu w drugi, podczas przejść tworząc nieistniejący w rzeczywistości trzeci obraz. Poważny gracz w tym konkursie.

Poszukiwanie skali – Artur Jurkowski, Natalia Oprowska. Pokaz zaczął się niespotykanym i atrakcyjnym zabiegiem formalnym. W dolnej części slajdów mieliśmy płynącą spokojnie wodę, a zmieniało się tło w postaci zdjęć nienachalnych, łagodnych skał. W miarę upływu czasu autorzy zrezygnowali z tego zabiegu, zdjęcia stały się dosłowne i mocno krajobrazowe. Zniechęciło to mnie do tego pokazu i straciłem zainteresowanie. Spisałem go na straty. Jak się okazało, to moja druga wpadka (z owych 2 na 6 nietrafionych :-)) ponieważ Jury pokaz jednak wyróżniło.

Kszyk – Jakub Spodymek. Czekałem na ten pokaz, bo kszyk to jeden z moich ulubionych ptaków. I w jakimś stopniu nie zawiodłem się, ponieważ rzadko widziałem kszyka w takich sytuacjach jak u Jakuba np. wysoko, na złamanym drzewie. Jednak nietypowe zdjęcia kszyka oraz chyba niezbyt szczęśliwie dobrana muzyka o latynoskich rytmach, to za mało. Pokaz skończył się dowcipnym, ale chyba proroczym napisem „i po kszyku”

Z nurtem – Michał Ludwiczak. Potok w standardowych ujęciach, z nurtem przedstawionym malowniczo, ale dość podręcznikowo rozmytym. Montaż całości żywy i , powiedziałbym, raźny, nie nużący. Pochwała również za to, że był to pokaz bardzo krótki. Ale chyba „światło wody” Wojciechowskich wyczerpało pulę zainteresowania „mokrą” tematyką. Za ten pokaz oficjalnych pochwał nie będzie.

Balet w płytkiej wodzie – Michał Ludwiczak. Drugi pokaz Michała,. To zupełnie inny kaliber. Białe czaple we mgłach, starannie kadrowane, z szacunkiem dla zasady mocnych punktów. Zdjęcia układały się w konkretny rytm, chyba, jeżeli dość uważnie patrzyłem, niektóre wykorzystane nawet dwa razy, po różnym powiększeniu i skadrowaniu. Do tego podkład z walcem, bo cóż innego dać do baletu? Pokaz podobał się bardzo. Były w sieci ploteczki, że sesja foto z czaplami udała się Michałowi, ale teraz zobaczyliśmy, jaką zgrabną całość  udało się z tego zmontować. Brawo

Dama, dama – Sebastian Sołtyszewski. To drugi pokaz przygotowany przez Sebastiana. Tym razem bardziej monotematyczny, bo poświęcony rykowisku. Po pokazywanych przez Sebastiana zdjęciach na Facebooku i po tym pokazie widać, że autor jest zafascynowany tymi pięknymi ssakami i rykowiskiem jako takim. Niestety, fascynacja ta trochę osłabia samokrytycyzm. Zdjęcia generalnie są dobre, ale czasami tzw. krzaczory bałaganią kadr, choć nie to jest najważniejsze, bo pokaz nie musi być zbiorem tylko samych pięknych zdjęć, liczy się opowieść, zaskakująca puenta itd.  A właśnie najbardziej w pokazie zabrakło mi mocnych, zbliżeniowych kadrów, mogących być punktami kotwiczącymi opowieść. Niestety, Sebastian przygotował za mało, żeby powalczyć o zapamiętanie na dłużej.

Mała dygresja na rozluźnienie nastroju po powyższych ocenach. Kolega zapytał, dlaczego nie przygotuję swojego pokazu, skoro wiem jak diaporamę przygotować, żeby się spodobała i była warta zapamiętania. Co odpowiedziałem? Że nie przygotowuję pokazu, bo chcę uniknąć recenzji, jakie widnieją powyżej 🙂

Ostateczne wyniki konkursu:

Wyróżnienia dla pokazów: Trzciny maja oczy, W krainie perkozów, Światła wody,Poszukiwanie skali, Grue

III miejsce A sio – Elżbieta Weron

II miejsce Balet w płytkiej wodzie – Michał Ludwiczak

I miejsce On jest jak mgła – Katarzyna Gubrynowicz

Grand Prix i Nagroda Publiczności  The last song – Tomasz Bałdyga

Garść uwag na koniec. Stoisk już się nie czepiam, w Izabelinie nie będzie chyba inaczej niż było w ostatnich latach. Kiosk parku zamknięty na cztery spusty, nie kupiłem więc widocznego na wystawie filmu o Kampinoskim PN. Najbardziej kolorowe i rzucające się w oczy stoisko przygotowała Adriana Bogdanowska z PTOP Salamandra. Niestety, obfitość archiwalnych numerów „Salamandry” świadczy o tym, że tego czasopisma po prostu nie kupujemy na bieżąco, ciągle dużo zostaje w magazynach. A szkoda.

ada

Adriana Bogdanowska z Polskiego Towarzystwa Ochrony Przyrody Salamandra i redagowany przez nią magazyn „Salamandra”,           fot. z archiwum autora 

Z „techniki” były statywy Manfrotto wystawiane przez firmę foto7 oraz stand Canona z bardzo bogatym przeglądem oferty sprzętowej. Wprawdzie u Canona nie było nawet śladu ulotek czy folderów, ale być może w dobie online Canon już nie ma takich drukowanych materiałów. Osobiście szczerze w to wątpię. Dla Canona za stoisko i ognisko (zrymowało się przypadkowo) wielkie brawa.

canon

stoisko Canona, foto. z archiwum autora

O promocji inicjatywy powstania nowego parku już z pisałem, osoby ją promujące były aktywne również na zapleczu. Przez dłuższy czas byli też obecni Sławomir Wąsik ze swoją nową książką „Wilki”, Robert Dejtrowski z „Pomnikami polskiej przyrody” oraz dodatkowo dostępne non stop podczas festiwalu było stoisko z archiwalnymi numerami „Fotografia Masterclass”. Mimo wszystko cienko, cienko. Kogo zabrakło wśród gości? Wydaje mi się, że trzeba jednak poszukać i zachęcić do prezentacji rodzimych tuzów środowiska. Czyli kogo? A choćby i Tomka Ogrodowczyka, fotografa, filmowca, redaktora wydawnictw multimedialnych, dźwiękowca, inicjatora uchronienia od zapomnienia twórczości Włodzimierza Puchalskiego. Może Tomka i Grzegorza Kłosowskich, dziennikarzy TV, autorów niezliczonych wydawnictw, świetnych gawędziarzy, fotografów, filmowców i znawców Biebrzy. A może Jana i Bożenę Walencików, fotografów, filmowców, autorów książek, znawców szeroko rozumianej tematyki białowieskiej, tak obecnie na czasie. Być może też przyszedł czas na powrót do stosowanego już kiedyś eksperymentu ze składem Jury spoza naszego, ZPFP, środowiska? Nowy Zarząd Główny będzie miał dużo pracy, życzę powodzenia. Na koniec pozdrowienia dla koleżeństwa, których spotkałem na Festiwalu: Kasi Gubrynowicz, Bogdana Michalaka, Andrzeja Kozaka, Irka Graffa, Krzysia Niedbały, Krzysia Jankowskiego, Oli Kowalik, Ewy Pliszki, Jurka Łapińskiego, Witka Gorzelskiego, Gosi Bruj, Marka i Eli Lejbrandtów, Włodka Karnkowskiego, Adama Ławnika, Seby Sołtyszewskiego, Rysia Sąsiadka, Kazia Laskowicza, Darka Kąkola, Krzysia Foryszewskiego, Zygmunta Urzędnika, Łukasza Stępnia, Roberta Dejtrowskiego, Gosi Książkiewicz, Renaty Stadnik, Kasi Ramotowskiej, Marka Kosińskiego, Janusza Kaczmarczyka, Przemka Jośko i tych, których nie zapamiętałem, choć kilka słów ze sobą zamieniliśmy

Do zobaczenia za rok

Franciszek Chmielecki

Dodaj komentarz

  1. Gosia 25 listopada 2016 Powtórz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *